Salon to dziś nie „ładny pokój z kanapą”, tylko najbardziej eksploatowane miejsce w domu. Tu pracujesz z laptopem, oglądasz seriale, przyjmujesz znajomych, dzieci rozkładają klocki, a wieczorem próbujesz w tym wszystkim odpocząć. I dlatego każdy błąd popełniony na etapie aranżacji mści się codziennie: krzywym siedzeniem na sofie, ciągłym potykaniem się o stolik albo wrażeniem, że wiecznie masz bałagan, choć wcale dużo nie posiadasz.

Kiedy pierwszy raz urządzałam własny salon, myślałam głównie o tym, „żeby było ładnie”. Efekt? Sofa pod ścianą, telewizor za wysoko, dywan za mały, kable w zasięgu wzroku z każdej strony. Teoretycznie wszystko się zgadzało – praktycznie po tygodniu miałam ochotę przestawić pół mieszkania.

Zamiast więc zaczynać od dekoracji, dobrze jest najpierw zrozumieć, gdzie najczęściej popełnia się błędy. Pięć z nich powtarza się u większości osób – niezależnie od metrażu i budżetu.

1. Brak realnego planu funkcjonalnego

Najbardziej podstępny błąd to traktowanie salonu jak „ładnego pokoju”, a nie jak przestrzeni, po której naprawdę się poruszasz i w której non stop coś się dzieje. Na zdjęciu może wyglądać świetnie: designerska lampa, modna sofa, elegancki stolik. A potem przychodzi życie.

W praktyce zaczyna się od drobnych sygnałów: ktoś zawsze musi wstać od stołu, żeby inni przeszli do kuchni; dzieci nie mają gdzie odłożyć gier; przy pracy zdalnej krzesło obija się o narożnik; żeby otworzyć balkon, trzeba najpierw przesunąć fotel. To wszystko jest efektem braku planu funkcjonalnego – meble stoją, gdzie „ładnie wyjdą”, a nie tam, gdzie ma sens ich używanie.

Ja najczęściej widzę jedną sytuację: wszystko ustawione pod ścianami, środek pusty „żeby nie zagracać”. Brzmi logicznie, dopóki nie spróbujesz normalnie tam żyć. Sofa przy ścianie, daleko od stolika, przy okazji zbyt blisko drzwi – więc każdy, kto przechodzi, przeszkadza osobie siedzącej.

Punkt wyjścia jest banalnie prosty, ale większość osób go omija: do czego ten salon ma ci służyć na co dzień. I nie chodzi o ogólne hasło „do odpoczynku”, tylko konkrety: pracujesz tu z laptopem? Często przyjmujesz gości? Dzieci bawią się na podłodze? Oglądacie filmy wszyscy naraz czy każdy na swoim sprzęcie?

Dopiero kiedy masz tę listę, można sensownie planować układ. Zaznaczasz na kartce (albo w prostym programie) okna, drzwi, grzejniki, gniazdka. Wyznaczasz strefy: wypoczynku, TV, pracy, jadalni, zabawy. A przede wszystkim – ciągi komunikacyjne. Od drzwi wejściowych do sofy, od kuchni do stołu, od sofy do balkonu. Jeśli już na szkicu widzisz, że żeby dojść do stołu, musisz „slalomem” omijać meble, w realnym życiu będzie tylko gorzej.

PRO TIP: patrz na salon jak na plan ruchu, nie jak na zdjęcie z Instagrama. Pomyśl: skąd–dokąd najczęściej chodzisz, co najczęściej odkładasz i gdzie zawsze brakuje ci gniazdka. To lepszy drogowskaz niż jakikolwiek trend.

Dobrze zaplanowany salon nie wymaga codziennej walki o miejsce ani wiecznego „przesuń się, bo nie przejdę”. To przestrzeń, która działa dla ciebie – a to się zaczyna właśnie od świadomego planu funkcjonalnego, a nie od zakupu „tej pięknej sofy z katalogu”.

2. Oświetlenie: jeden żyrandol na wszystko

Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, która potrafi „zabić” nawet ładną aranżację, to jest to światło. Bardzo długo miałam wrażenie, że w moim salonie coś jest nie tak, ale nie umiałem powiedzieć co. Dopiero kiedy zamiast jednego plafonu zawiesiliśmy kilka źródeł światła, nagle okazało się, że to zupełnie inne pomieszczenie – choć nie zmieniłam ani jednego mebla.

Klasyczny scenariusz wygląda tak: na suficie wisi jeden żyrandol, włączasz go – jest jasno jak w biurze, brak cieni i jakiegokolwiek klimatu. Gaszisz – robi się za ciemno, żeby czytać, pracować, a nawet komfortowo poruszać się po pokoju. I nie ma nic pośrodku.

Dobrze działający salon ma światło warstwowo. Jedno światło górne może zostać, ale przestaje być jedynym bohaterem. Do tego dochodzi światło zadaniowe: lampa stojąca przy sofie, kinkiet przy fotelu, dobre oświetlenie przy ewentualnym biurku. Następnie światło nastrojowe: małe lampki stołowe, delikatne podświetlenie półek, obrazu czy wnęki.

Ważna rzecz, o której rzadko się mówi: plan na światło trzeba układać równolegle z planem ustawienia mebli. W salonach, które poprawiam po innych, widzę często absurd: pięknie ustawiony kącik do czytania i… brak gniazdka w pobliżu, więc lampa stoi w dziwnym miejscu, bo tylko tam da się ją wpiąć. Albo telewizor podłączony przedłużaczem ciągnącym się przez pół pokoju.

Drugi cichy zabójca nastroju to temperatura barwowa. Zimne, biurowe światło nad sofą robi swoje – nawet przy miękkich tkaninach i ciepłych kolorach ścian wnętrze wydaje się „szpitalne”. Ciepłe światło sprawdza się w strefie relaksu, bardziej neutralne możesz zostawić tam, gdzie rzeczywiście pracujesz.

UWAGA: jeśli przy pierwszym wieczornym filmie w nowym salonie czujesz, że masz męczące reflektory prosto w oczy albo ekran telewizora walczy z lampą o uwagę, to znak, że temat oświetlenia trzeba przeprojektować, a nie „przyzwyczajać się”.

Dobrze zaplanowane światło sprawia, że ten sam salon może w ciągu dnia być praktycznym miejscem do pracy, a wieczorem – prywatnym kinem, spokojnym czytelnią albo przytulną przestrzenią do rozmów. Bez remontu, za to z odrobiną myślenia na etapie planu.

3. Chaos kolorów i materiałów

Wyobraź sobie salon: zielona sofa „bo modna”, granatowy dywan „bo był w promocji”, żółte zasłony „bo ktoś polecił odważne akcenty”, do tego wzorzyste poduszki z innego kompletu. Każdy element z osobna może być piękny, ale razem tworzą coś na kształt przypadkowego eksperymentu.

Często widzę to w mieszkaniach klientów: ktoś zakochał się w jednym mocnym elemencie, potem dokładał kolejne „fajne rzeczy” bez wspólnego klucza. Efekt przypomina mało udane zawody na najgłośniejszy kolor, a nie spójną przestrzeń do życia.

Kolor w salonie powinien odpowiadać na proste pytanie: jaki nastrój chcesz, żeby dominował. Spokojny rodzinny salon będzie inaczej wyglądał niż wnętrze, w którym regularnie organizujesz głośne spotkania. Ciepłe beże, złamane biele, jasne szarości i zgaszone zielenie sprzyjają relaksowi, rozmowie, zabawie z dziećmi. Mocne kolory lepiej zostawić w roli akcentów – na fotelu, poduszkach, grafice na ścianie – niż nakładać je na wszystkie duże powierzchnie naraz.

Podobnie jest z materiałami. Jako projektant chyba najczęściej mówię: „mniej wszystkiego naraz”. Lśniąca ekoskóra, pluszowy dywan typu shaggy, błyszczące fronty, połyskliwe zasłony i chromowany stolik razem robią wrażenie wnętrza, które nie może się zdecydować, kim chce być. Dobry miks to świadomie dobrane 2–3 główne materiały: np. ciepłe drewno, matowa tkanina na sofie, trochę metalu w dodatkach.

Jest jeszcze jedna rzecz, którą niewiele osób bierze pod uwagę, a potrafi zrobić ogromną różnicę: akustyka. Duże puste ściany, brak zasłon, mało tekstyliów i twarde, błyszczące powierzchnie powodują echo. Salon niby wygląda „designersko”, ale po godzinie rozmowy jesteś zmęczony i nie wiesz, dlaczego. Dodanie dywanu, zasłon, kilku miękkich tkanin czasem bardziej poprawia komfort niż wymiana mebli.

PRO TIP: wybierz bazową paletę (2–3 kolory główne) i 1–2 akcenty. Trzymaj się jej konsekwentnie przy KAŻDYM kolejnym zakupie – poduszki, zasłony, dywan, nawet okładki albumów na stoliku. To najprostszy filtr anty-chaos.

Kiedy kolory i materiały zaczynają ze sobą „rozmawiać”, salon przestaje wyglądać jak składnica przypadkowych rzeczy. Zyskujesz przestrzeń, która nie tylko dobrze prezentuje się na zdjęciach, ale naprawdę sprzyja odpoczynkowi.

4. Sofa pod ścianą, za mały dywan i inne grzechy układu mebli

Przez lata przyzwyczailiśmy się, że sofa stoi pod ścianą, bo „inaczej zagraci”. Tymczasem to jedno z tych przekonań, które w praktyce mocno ograniczają potencjał salonu. Kiedy pierwszy raz odsunąłem sofę od ściany o dobre pół metra, klient spojrzał na mnie jak na szaleńca. Po chwili przyznał, że salon… wygląda na większy.

Najczęstsze problemy z meblami to:

  • sofa dobrana oczami, nie miarką – za duża przytłacza, za mała „pływa” w przestrzeni,
  • układ podporządkowany ścianom, a nie temu, co robicie w salonie,
  • telewizor zawieszony za wysoko (klasyka) i do tego zbyt daleko od kanapy,
  • mały stolik kawowy, do którego i tak nikt nie sięga bez wstawania,
  • brak miejsca, gdzie można odłożyć pilota, kubek czy książkę w zasięgu ręki.

Do tego dochodzi niedoceniany problem z dywanem. Zbyt mały dywan działa jak wyspa – stoi na nim tylko stolik, a sofa i fotele „pływają” obok. W efekcie strefa wypoczynku rozpada się wizualnie na kilka przypadkowych punktów. W dobrze zaprojektowanym salonie dywan łączy zestaw wypoczynkowy: przynajmniej przednie nogi sofy i foteli stoją na nim, a nie obok.

Kolejna rzecz, która w praktyce wyrządza sporo szkód, to brak logicznego punktu centralnego. W jednym salonie widziałam: telewizor, kominek, duże okno z widokiem i galerię obrazów – wszystkie „walczyły” o miano głównej atrakcji. Efekt: człowiek nie wie, gdzie patrzeć, a rozmowa czy wspólny seans są jakieś rozproszone.

Musisz zdecydować, co jest dla was najważniejsze: TV, kominek, widok za oknem, a może duży stół. Wtedy układ sofy, foteli i reszty mebli ustawiasz właśnie pod ten punkt. Dzięki temu przestrzeń przestaje wyglądać przypadkowo.

UWAGA: wysokość zawieszenia telewizora i obrazów to drobiazg, który w praktyce ludzie odczuwają bardzo mocno. Zbyt wysoko powieszony ekran to nie tylko ból karku, ale też wrażenie „coś jest nie tak”, choć wszystko poza tym wygląda poprawnie.

Kiedy układ mebli wynika z waszych realnych nawyków, a nie z tego, gdzie są ściany, salon zaczyna działać jak magnes: każdy ma swoje wygodne miejsce, wszyscy się widzą, a przestrzeń nie przypomina przypadkowo ustawionego zestawu z katalogu.

5. Dekoracje zamiast przechowywania i kable w roli głównej

„Nie mamy dużo rzeczy, a ciągle jest bałagan” – to zdanie słyszę w pracy nagminnie. Kiedy wchodzę do takiego salonu, bardzo często widzę dwie rzeczy: za dużo otwartych półek i zero planu na przechowywanie oraz kable w każdym możliwym miejscu.

Zaczynając od dekoracji: otwarte półki, regały „na wszystko”, mnóstwo ramek, świeczek, figurek, pamiątek… Po kilku miesiącach zamiast galerii pięknych przedmiotów masz ekspozycję kurzu i mieszankę rzeczy „od zawsze”. Każdy element ma jakąś historię, ale jako całość tworzą wizualny szum. Po pracy w takim wnętrzu trudno się naprawdę wyciszyć.

Minimalizm w salonie nie polega na tym, że nic nie masz, tylko że nie wszystko jest na wierzchu. Zamknięte szafki, komody, zabudowy TV z miejscem na kable i ładowarki potrafią zrobić cuda. W praktyce to one rozstrzygają, czy salon po tygodniu dalej wygląda dobrze, czy przypomina składzik.

Druga sprawa to kable. TV, soundbar, konsola, listwy LED, ładowarki, przedłużacze… Gdy nie zaplanujesz tego na etapie ustawienia mebli, kończysz z pajączkiem przewodów biegnących przez środek pokoju albo z „tym wiecznie wystającym kablem”, na który wszyscy patrzą. W dobrze urządzonym salonie plan na okablowanie powstaje równolegle z planem mebli: gdzie będzie TV, gdzie konsola, czy ktoś będzie ładował laptop na sofie, czy przy stole.

Pojawia się też jeszcze jeden, mało omawiany problem: „zestawowość”. Zestaw mebli z jednego sklepu, wszystko w identycznym kolorze, tej samej fakturze, dodatkowo jeszcze komplet dekoracji z tej samej serii. Na zdjęciu w katalogu wygląda to spójnie, w realnym mieszkaniu często – martwo. Brakuje czegoś osobistego, nuty różnorodności, drobnego „przełamania”.

PRO TIP: zanim kupisz kolejną ozdobę, zadaj sobie dwa pytania: gdzie będzie jej stałe miejsce i z czego realnie zrezygnujesz, żeby nie powiększać wizualnego bałaganu. Jedna większa roślina potrafi zrobić więcej dla klimatu niż pięć małych bibelotów na każdej półce.

W momencie, gdy pojawia się przemyślane przechowywanie, znikają kable z widoku, a dekoracje są świadomym wyborem, nie przypadkowym zbiorem – salon zaczyna wyglądać spokojnie i „do życia”, a nie jak wystawa sklepu z dodatkami.

Styl hybrydowy: mieszanka stylów i funkcji, ale z głową

Współczesne salony rzadko są „czysto” skandynawskie albo „w stu procentach” industrialne. Realne życie wymusza styl mieszany: trochę nowoczesnej prostoty, trochę miękkich, przytulnych elementów, czasem jedna stara komoda po babci albo kawowy stolik z targu staroci. I to jest właśnie podejście hybrydowe – jeśli jest świadome, może być twoim największym sprzymierzeńcem.

Hybrydowy salon nie pyta: „skandynawski czy boho?”, tylko „co z tych stylów mi pasuje do życia, które naprawdę prowadzę”. Możesz mieć nowoczesną, prostą kanapę, do tego drewniany stolik w klimacie vintage i miękkie, boho tekstylia. Ważne, żeby coś je łączyło: skala, kolory, powtarzające się materiały.

Ja często widzę u klientów dwa skrajne scenariusze. W pierwszym salon wygląda jak showroom: wszystko z jednego sklepu, perfekcyjnie dopasowane, ale prawie nieużywane, bo „szkoda zniszczyć”. W drugim – każda rzecz z innego świata, bo była okazja, bo ktoś oddawał, bo „ładne”. Podejście hybrydowe jest gdzieś pośrodku: urządzasz się etapami, łączysz różne źródła, ale pilnujesz wspólnego mianownika.

W małym salonie to podejście sprawdza się szczególnie dobrze. Stolik kawowy, który po podniesieniu blatu staje się miejscem do pracy. Sofa z funkcją spania dla gości. Regał, który jednocześnie dzieli przestrzeń i daje miejsce na przechowywanie. Jedno wnętrze, kilka funkcji – to już samo w sobie jest „hybrydą”.

PRO TIP: spisz 3–4 zasady, których się trzymasz przy każdym zakupie. Na przykład: jedna baza kolorystyczna, maksymalnie dwa rodzaje drewna, metal tylko w czerni albo mosiądzu, brak błyszczących frontów. To twój anty-chaosowy filtr.

Dzięki temu styl hybrydowy przestaje być zlepkiem przypadków, a staje się twoją własną, osobistą mieszanką. Salon wygląda trochę jak z katalogu, ale żyje jak prawdziwy dom, nie ekspozycja.

Podejście hybrydowe a budżet: elastyczność kontra ryzyko chaosu

Większość osób – z mojego doświadczenia to spokojnie okolice 80% – urządza salon właśnie „hybrydowo”: część rzeczy samodzielnie, część z pomocą projektanta, meble z różnych sklepów, dodatki dokładane w czasie. To ma sporo plusów, ale kilku minusów też nie można zignorować.

Największą zaletą jest elastyczność. Możesz zainwestować w porządną sofę, a stolik kupić tańszy; postawić na jedną porządną lampę, a resztę oświetlenia dobudować stopniowo. Masz też większą kontrolę nad budżetem – urządzasz się etapami, testujesz, jak salon działa, zanim kupisz kolejne elementy.

Druga mocna strona to indywidualność. Gdy mieszasz źródła, style i rozwiązania, łatwiej wyrazić swój charakter. Jeden mocny obraz nad sofą, stary fotel po renowacji, który żyje obok nowoczesnej zabudowy – to są rzeczy, które robią różnicę.

Z drugiej strony, bez jakiegokolwiek planu takie podejście łatwo kończy się efektem „sklepu z wszystkim”. Dlatego przy hybrydowym urządzaniu salonu naprawdę przydaje się dyscyplina: trzymanie się palety kolorów, określenie, jakie meble mają podobną linię, ustalenie, czego na pewno NIE kupisz (kolejna wielka szafa, piąty odcień drewna itd.).

Do tego dochodzi czas. Koordynacja dostaw, montaż z różnych źródeł, wymiany, poprawki – to bardziej angażuje niż kupno jednego zestawu. Zdarzało mi się widzieć klientów zmęczonych już samym procesem, choć efekt końcowy był tego wart.

Tabela dobrze podsumowuje różnice:

Aspekt Podejście hybrydowe (wybierane przez ok. 80% użytkowników) Podejście „z jednego źródła” (np. cały zestaw z jednego sklepu)
Spójność stylistyczna Wymaga samodyscypliny, łatwo o chaos Zazwyczaj wysoka, ale mniej indywidualna
Kontrola budżetu Wysoka, można mieszać tańsze i droższe elementy Ograniczona, płacisz za „gotowy efekt”
Indywidualny charakter salonu Bardzo duży, łatwo wyrazić swój styl Mniejszy, wnętrze może wyglądać „katalogowo”
Czas i zaangażowanie Większe, trzeba koordynować różne źródła Mniejsze, decyzje podejmowane jednorazowo
Ryzyko błędów funkcjonalnych Niższe, jeśli korzystasz z częściowego wsparcia eksperta Średnie, zależne od dopasowania gotowego zestawu do wnętrza

Kluczowe jest, by nie mylić „hybrydowości” z przypadkowością. Pierwsza oznacza elastyczność w ramach planu, druga – kupowanie „bo ładne”. To właśnie ta różnica decyduje, czy na koniec płacisz raz, czy kilka razy za te same pomyłki.

Jak mądrze zacząć urządzanie salonu krok po kroku

Najlepsze projekty, jakie widziałam, powstawały nie od wyboru koloru ścian, tylko od szczerej rozmowy o tym, jak będziecie z salonu korzystać. U siebie też zaczynaj właśnie tak.

Po pierwsze, odpowiedz sobie na pytanie: czego oczekujesz od salonu przez 80% czasu. Czy pracujesz tam z laptopem? Masz małe dzieci? Często zapraszasz znajomych? A może to głównie miejsce do wspólnych filmów? Spisz te funkcje na kartce – to twoja prywatna checklista.

Po drugie, zmierz przestrzeń. Nie „na oko”, tylko realnie: długość, szerokość, wysokość, rozmieszczenie okien i drzwi. Zwróć uwagę, którędy naturalnie chodzisz, skąd wpada najwięcej światła, które miejsce „ciągnie” cię, żeby usiąść. Już na tym etapie można wychwycić potencjalne problemy, np. za mało miejsca przy drzwiach balkonowych.

Po trzecie, rozrysuj strefy. Salon to nie jeden „pokój dzienny”, tylko zestaw mikroprzestrzeni: wypoczynek, TV, praca, jadalnia, zabawa. Nawet w małym metrażu te strefy mogą istnieć – czasem dzielone w czasie (biurko składane, stół jako miejsce do pracy), czasem w przestrzeni (dywan jako wyznacznik kącika dla dzieci).

Dopiero potem wybieraj paletę kolorów i ogólny kierunek stylu. Tu świetnie sprawdza się zasada: 2–3 kolory bazowe, 1–2 akcenty. Ustal to, zanim kupisz sofę czy dywan. Łatwiej dobrać mebel do palety niż dopasować całą paletę do już kupionej przypadkowej sofy.

Następny etap to większe meble i światło. Najpierw sofa, stół, regał, potem lampy główne, zadaniowe i nastrojowe. Dodatki zostaw na koniec – to nie one decydują o funkcjonalności.

Na samym końcu pozwól sobie na fazę testów. W praktyce często przesuwam sofę o 20–30 cm i nagle wszystko zaczyna „działać”. Przenieś lampę, wymień żarówki na cieplejsze, dołóż dywan, zdejmij część dekoracji i poobserwuj, jak się w tym żyje przez kilka dni.

PRO TIP: rób zdjęcia salonu z różnych perspektyw w trakcie zmian. Na zdjęciu od razu widzisz rzeczy, których na co dzień nie zauważasz – choćby wizualny bałagan na półkach czy zbyt mały dywan.

Ile naprawdę kosztują błędy w salonie

Pieniądze tracimy nie na drobnych dodatkach, tylko na poprawkach. Malowanie drugi raz, przenoszenie gniazdek, wymiana sofy, bo jednak za duża – to są sytuacje, które najmocniej uderzają w budżet.

Najdroższe w korekcie są zwykle stałe elementy: instalacje, zabudowy, oświetlenie w suficie, podłogi. Jedno źle przewidziane miejsce na TV potrafi wygenerować koszt kucia ściany, przeniesienia kabli, gładzi, malowania… Nagle wychodzi na to, że poprawka jednego błędu kosztuje tyle, co sensowne oświetlenie całego salonu.

Drugim potężnym źródłem strat są źle dobrane meble. Za duża sofa, która blokuje przejścia; zbyt mały stół, do którego nikt nie chce siadać; regał, który nie pomieści tego, co miał pomieścić. Albo je sprzedasz ze stratą, albo będziesz z nimi żyć, próbując ratować funkcjonalność kolejnymi zakupami. W obu przypadkach płacisz więcej, niż gdybyś chwilę dłużej planował.

Na końcu są „drobiazgi”, które z czasem składają się na pokaźną kwotę: nowe zasłony, bo poprzednie „jednak za ciężkie”, kolejny zestaw poduszek, bo kolor ścian okazał się nie tym, co trzeba, dodatkowe lampy „żeby doświetlić”, zamiast od razu zaplanować porządne oświetlenie.

Z mojego doświadczenia wynika, że świadomość pięciu opisanych wcześniej błędów potrafi zredukować koszt przeróbek niemal do zera. Nie chodzi o to, żeby się nie mylić – to nierealne. Chodzi o to, żeby nie mylić się w sprawach, które są potem bardzo drogie do odkręcenia.

FAQ – krótkie odpowiedzi na najczęstsze pytania

Jakie są 5 najczęstszych błędów przy urządzaniu salonu?
Najczęściej powtarzają się: brak realnego planu funkcjonalnego, zły układ mebli (zwłaszcza sofy wobec TV/okna i ciągów komunikacyjnych), jedno, źle dobrane oświetlenie zamiast warstwowego, chaos kolorystyczno-materiałowy oraz brak planu na przechowywanie i okablowanie, co generuje wizualny bałagan.

Na czym polega podejście hybrydowe przy urządzaniu salonu?
To łączenie kilku funkcji i stylów w jednym wnętrzu, ale według jasnych zasad. Salon jest jednocześnie strefą relaksu, pracy, rozrywki i często jadalnią, a stylowo miksujesz np. nowoczesną bazę ze skandynawską prostotą i pojedynczymi elementami vintage. Kluczowe są modułowe meble, elastyczny układ i możliwość łatwej zmiany aranżacji bez generalnego remontu.

Dlaczego urządzanie salonu jest teraz tak ważne?
Bo salon przejął funkcje kilku dawnych pomieszczeń naraz: to domowe biuro, pokój dzienny, czasem sala zabaw i mini-kino. Musi być ergonomiczny, przygotowany na sprzęty (multimedia, smart rozwiązania), a jednocześnie sprzyjać odpoczynkowi i redukcji bodźców. Źle urządzony salon codziennie podbija ci poziom frustracji, dobrze urządzony – realnie obniża stres i ułatwia życie wszystkim domownikom.

Jeśli czytając ten tekst, miałeś przed oczami swój salon – to dobry znak. To znaczy, że zauważyłeś coś, co można poprawić. Z mojego doświadczenia wynika, że czasem wystarczy przesunięcie sofy, większy dywan i dwie dodatkowe lampy, żeby salon zaczął w końcu pracować dla ciebie, a nie przeciwko tobie.